poniedziałek, 22 lutego 2016

16. ( Niekoniecznie ) Dobre decyzje cz.II

          Witam! Na samym początku pragnę przeprosić Was za tak długą przerwę. Niestety mam ostatnio dużo obowiązków związanych z maturą i nie mam czasu nic napisać. Korzystam z faktu, że teraz mam ferie i skleciłam dla Was nowy rozdział. Jestem z niego zadowolona. Mam nadzieję, że wy też. Miłego czytania!

~*~

          Nieprawdopodobny jest fakt, że tak naprawdę nie mamy kontroli nad naszym życiem. Kłamstwem jest, że to nasze wybory są przyczyną, one są jedynie konsekwencją. Konsekwencją tego, że za każdym razem człowiek dąży do samozagłady, niezależnie od tego ile razy zaczyna. To właśnie doprowadziło Fedorę do miejsca, w którym się znalazła. Chęć pomagania innym brała górę nad wszystkim, a chęć poznawania tego, co nieodkryte była nieokiełznana.
          Stała wpatrzona w jego szare stalówki, które zdawały się być pozbawione jakichkolwiek emocji. Zupełnie tak, jakby kryła się za nimi wielka tajemnica, pomieszana ze strachem. Draco Malfoy był chłopakiem niezwykłym. – na swój własny, pokręcony sposób.
          - Zakładaj pelerynę, nie mamy dużo czasu – szeptał do brunetki, nerwowo rozglądając się dookoła. – Zagadam strażników, a Ty idziesz w swoją stronę. Jeśli coś pójdzie nie tak, to masz uciekać jak najdalej stąd.
          - Mam Cię zostawić? – Odrzekła zdezorientowana. – Nie mówię, że nie mam na to ochoty, ale...
          - Oboje wiemy, że nie umiesz się teleportować Mirdle.
          - Wygrałeś – skinęła głową i wskazała mu dłonią żeby ruszał.
          Minęli ogromne wrota, które rozstąpiły się w momencie, gdy Draco przed nimi stanął. Na spotkanie wyszło im dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn w czarnych, długich płaszczach. Fedora przymknęła delikatnie oczy i zaczęła przypominać sobie, co skłoniło ją do tak idiotycznego pomysły.
          - Czego tu szukasz? – Warknął jeden z nich. Miał długie, brązowe włosy związane w ciasny warkocz, twarz pokrytą bliznami i usta wykrzywione w dziwnym grymasie.
          - Przyszedłem w odwiedziny – wyciągnął z kieszeni marynarki lekko pogiętą kartkę papieru.
          - Sprawdź to – odrzekł drugi, wyższy mężczyzna, z hardym spojrzeniem i krótkimi, niemalże białymi włosami.
          - Si mihi vera ut falsa* – brunet wyrecytował zaklęcie dotykając pergaminu różdżką spojrzał podejrzliwie na Dracon’a.
Fedora wiedziała co to oznacza – zorientowali się, że pozwolenie było jedną wielką podróbką. Podeszła najciszej jak mogła do strażnika i błagając Merlina, by jej wybaczył rzuciła krótkie zaklęcie.
          - Imperio.
          - Jest w porządku – oznajmił facet, na co Draco mocno zaciągnął się powietrzem. – Masz pół godziny.
          - Oczywiście.
          Nie patrząc już nikomu w oczy ruszył swoim odważnym krokiem, z wysoko uniesioną głową. W środku roiło się od strażników, spoglądających z zaciekawieniem w stronę dziedzica fortuny. Szeptali między sobą, na tyle cicho, by ani Fedora, ani Draco nie mogli ich dosłyszeć. Po krótkiej podróży stanęli na rozwidleniu dróg.
          - W prawo, Mirdle – jej uszu dobiegł cichy głos.
Krzyki wypełniające zimne korytarze były przerażające. Więźniowie szarpali kraty, niczym z okładek Proroka Codziennego. Inni siedzieli skuleni w kątach swoich celi, szepcząc i śmiejąc się do siebie na zmianę.
          - Świry – szepnęła pod nosem.
          Napięcie, które w niej rosło, sięgało niemal zenitu. Po czole dziewczyny zaczęły spływać słone krople potu. Przetarła lekko twarz rękawem garnituru i ponownie wbiła wzrok w kamienne ściany, szukając właściwego nazwiska. Albert Clark, Will Spencer, Sally Jones...
          - Proszę, proszę – usłyszała cichy, przepełniony obłędem głos, który sprawił, że na całym jej... Malfoya ciele pojawiła się gęsia skórka. – Młody Malfoy zaszczycił nasze skromne progi.
          „ Nie odzywaj się ”
          - Voldemort uciął Ci język, czy może pozbawił jaj? – Źrenice dziewczyny uległy natychmiastowemu zwężeniu. Czy ten mężczyzna powiedział Voldemort?
         „ Nie, to musiało być coś innego ”
          - Daj chłopakowi spokój, Carrow – warknął z drugiej celi. Gryfonka rzuciła wzrokiem na tabliczkę przybitą do brudnej cegły.
          „ Ridge Adams ”
          Nie kojarzyła tego nazwiska w najmniejszym stopniu, jednakże była mu niesamowicie wdzięczna za przerwanie monologu Pana Carrow’a. Nie czekając na dalsze ataki przyśpieszyła kroku, rozglądając się w pośpiechu dookoła. Nie miała wiele czasu, a znalezienie jej  w tym gmachu mogło trwać wiecznie. Zwiększone tempo przypominało teraz szybszy trucht, w wyniku czego poczuła, jak płuca powoli odmawiają posłuszeństwa. Już miała wejść na potężne schody, gdy coś przykuło jej uwagę. Był to ciemny, wąski korytarz. Intuicja dziwnym trafem podpowiadała jej, że powinna udać się w tamtym kierunku.
          - Lumos – szepnęła i weszła w ciemny tunel.
          W oddali już dostrzegła niewielki wodospad, który był najwidoczniej przejściem do następnego pomieszczenia, a nad nim znajdowała się tabliczka z krzywym napisem Oddział 0. Dziewczyna nie czekała ani chwili, to był impuls. Zamknęła mocno powieki i postawiła pierwszy krok. Gdy lodowata woda zmoczyła jej ciało wydała z siebie cichy pisk. Bała się, że mogła zwrócić na siebie uwagę strażników, jednakże nikogo tam nie było. Obejrzała się za siebie i w tafli wody dostrzegła... Swoje odbicie.
          „ Wodospad złodzieja ”
          Znajdowała się w okrągłym pomieszczeniu, dookoła którego umieszczonych było siedem niewielkich celi. Więźniowie przyglądali jej się z wielkim szokiem, ale i zaciekawieniem. Nie wyglądali jak typowi więźniowie, biła od nich dziwna... normalność. Nikt nie krzyczał, nikt nie rozmawiał ze sobą. Wydawali się egzystować jak normalni ludzie, tyle, że byli zamknięci w celach. Fedora rozszerzyła oczy, gdy na ścianie dostrzegła tabliczkę, której szukała.
          - Foutley – niemalże krzyknęła, przywołując tym rozbiegany wzrok starca. Podbiegła do niego z prędkością światła uderzając w stalowe kraty. – Nazywam się Fedora, Fedora Mirdle. Musi mi Pan pomóc.

~*~

          - W prawo, Mirdle – blondyn szepnął jej te słowa najciszej jak potrafił i oglądając się do tyłu ruszył w swoim kierunku. Bał się o nią. Wiedział, że źle postąpił zabierając ją w sam środek jatki, jednakże to był jedyny sposób, by pomóc dziewczynie poznać prawdę. Wiedział, jak ciężkim faktem jest życie w niepewności.

          - Cholerny mieszaniec – warknął Snape, zatrzaskując za sobą drzwi gabinetu.
          - Ciebie też miło widzieć, wujaszku – zaśmiał się głośno blondyn i odkładając książkę Severusa na biurko zerknął na niego przelotnie. – Co tym razem Marvolo wymyślił?
          - Chce wedrzeć się do Azkabanu – mruknął. – Znowu.
          W pomieszczeniu  rozległa się cisza, Draco mógł dosłyszeć jedynie, jak wszystko w jego żołądku zaczęło się przewracać. Dobrze wiedział, co to znaczy. Jego rodzina będzie znowu w komplecie.
          - Mówiąc „ chce się wedrzeć ‘’, masz na myśli...
          - My mamy się wedrzeć.
          - Kurwa – wrzasnął Draco, zrzucając na ziemię graty zaśmiecające biurko nietoperza. – Jeszcze tego brakowało.
          - Opanuj się Malfoy – burknął Snape. – Załatwimy to szybko.
          - Ostatnie na co mam ochotę, to oglądanie parszywej gęby mojego starego.
          - Doprawdy – przerwał, by opaść całym swoim ciężarem na czarny, miękki fotel i wyciągnąć nogi na stół. – Kocham te Wasze rodzinne dylematy, jednakże nie mamy na nie tym razem czasu. Zabierasz najlepszych ze swojego oddziału i uwalniasz  każdego, kogo Czarny Pan Ci rozkaże.
          - Najlepszych z mojego oddziału? – Prychnął blondyn. – To banda zwykłych debili.
          - Zabini też? – Draco wzdrygnął się na samą myśl o tym, że mógłby zaryzykować życie przyjaciela. – Podobno chodzi na podwieczorki do Slughorn’a.
          - Slughorn przecenia jego możliwości.
          - A ty?
          Młody Śmierciożerca nie powiedział nic więcej. Odwrócił się na pięcie i opuścił pomieszczenie w iście Malfoy’owski sposób.

~*~

          - Mortem* – warknął staruszek.
          - Słucham?
          - Curray – dodał. – Pamiętnik, w nim jest śmierć. Ty musisz...
          Nagle w budynku rozległ się huk o natężeniu zbliżonym do detonowanej bomby atomowej, a zaraz po nim nastąpiły głośne krzyki. Dziewczyna zakryła dłońmi uszy i lekko się skrzywiła. Domyślała się najgorszego, a mina więźnia potwierdziła jej obawy.
          - To oni – szepnął.
          - Gdzie szukać tego pamiętnika? – Wrzasnęła Fedora, próbując przywołać tempo wpatrującego się w nią mężczyznę. – Mów!
          - Walley – odrzekł.
          - Nie rozumiem... – nie zdążyła powiedzieć nic więcej, ponieważ zielony strumień uderzył w człowieka obok niej.
          - Fajne wdzianko, Malfoy – naprzeciwko niej stał Carrow. – Nie mówiłeś, że masz takie piękne oblicze. – Zbliżył się do dziewczyny kilka kroków i oblizał się obleśnie. – Ojej, czyżby to nie Malfoy? To nawet lepiej, bo nie chciałbym go pieprzyć.
          W tym momencie w Gryfonce pękła struna, na samą myśl o obcowaniu z tym Śmierciożercą przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Wyciągnęła przed siebie różdżkę i krzyknęła głośno.
          - Drętwota. – Zabójca wylądował na ścianie i opadł z hukiem klnąc pod nosem. Wykorzystała ten moment na ucieczkę.
          Ponownie przebiegła przez lodowaty wodospad, wydając przy tym stłumiony jęk. Ciemny korytarz, którym biegła wydawał się teraz ciągnąć w nieskończoność, a sytuacje pogarszał fakt, że za swoimi plecami słyszała kroki Carrow’a, który najwyraźniej nie poddał się jej drętwocie.
          - Chodź tu suko – wrzasnął. – Zobaczysz, że Ci się spodoba.
          Wybiegła na cuchnący stęchlizną korytarz i nie wiedząc, dokąd ma uciec, schowała się za najbliższą ścianą, by poczekać na swojego przeciwnika. Pokonanie drogi zajęło mu niewiele mniej czasu, co Fedorze i już po chwili ujrzała jego chudą sylwetkę, odzianą w więzienną piżamę.
          - Wiem, że tu jesteś. Czuję Twój zapach.
          Dziewczyna starała się zaskoczyć mężczyznę, jednakże słysząc jej kroki odwrócił się w prawidłową stronę i zręcznie odbił rzuconą w jego stronę Drętwotę.
          - Crucio – wrzasnął i z jego różdżki wyleciał czerwony strumień.
          Fedora odskoczyła na bok i niemal upadając wypowiedziała krótką regułkę.
          - Expulso! – Znowu porażka.
          - Myślisz, że pokonasz mnie jakimiś swoimi zaklątkami? – Spytał wyraźnie rozbawiony Amycus. – Crucio!
          - Incarcerous! – Rzuciła Gryfonka, a z jej różdżki wydobyły się pędy, które natychmiast związały przeciwnika, lekko go przyduszając.
          - Pożałujesz tego! – Wrzasnął łapczywie łapiąc powietrze.
          Fedora nie czekała aż jego groźby się ziszczą. Zaczęła biec przed siebie. Musiała znaleźć Dracona.

~*~

          - Jak mogłeś ją tu zabrać? – Warknął nauczyciel przypierając chłopaka do krat, znajdujących się za jego plecami.
          - Nie Twoja sprawa, Parker – odparł. – Zresztą, skąd Ty...
          - Póki co jestem waszym nauczycielem i do tego czasu muszę chronić wasze parszywe tyłki – w głosie belfra można było wyczuć jednak nutkę niepewności. Draco od razu zrozumiał w czym rzecz. Wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby w najbardziej irytującym uśmiechu świata i rzucił go w stronę nauczyciela.
          - Podoba Ci się, co? – wysyczał. – Jej też byś nie obronił.
          To zadziałało jak wabik na zwierzę. Śmierciożerca uderzył blondyna w twarz i przyparł jwszcze mocniej za szyję tak, że młodemu generałowi zabrakło oddechu.
          - Zabijesz mnie Parker? – Wysapał. – Obaj wiemy, że jesteś w tym świetny.
          - Nie zasługujesz na nią – zwolnił uścisk i opuścił chłopaka na podłogę. – Wyprowadź Fedorę, zanim inni się dowiedzą. Będę cię kryć, ale nie dam rady robić tego w nieskończoność.
          Draco spojrzał na profesora i poczuł jak targa nim lekkie poczucie sumienia. W końcu nie powinno się wyciągać tak dotkliwych brudów przeszłości.

~*~
          Skradała się najciszej, jak tylko mogła i z wielką ostrożnością wybierała drogi, którymi szła. Nie chciała ponownie natknąć się na tego psychola Carrow'a, ani żadnego innego śmierciożercę. Wychyliła się delikatnie zza rogu i z ulgą dostrzegła, że korytarz jest pusty. Chcąc ruszyć dalej, poczuła jak ktoś zatyka jej usta i ciągnie do tyłu. Fedorze przez myśl przeszła okropna myśl, że to już koniec.
          - Draco! – Zawyła głośno dziewczyna i niemalże wpadła mu w ramiona. – Skąd wzięli się tu śmierciożercy?
          - Nie mam pojęcia – odparł krótko nawet nie patrząc jej w oczy. – Musimy się stąd wydostać zanim przybędą aurorzy.
          - Pewnie nie uwierzyliby, że przyjechaliśmy na wycieczkę – zaśmiała się cicho.
          Nie dane było im jednak wcielić swojego planu w życie, ponieważ ich uszu dobiegły głośne kroki. Z celi zbiegło wielu złoczyńców, więc znajdowali się prawdopodobnie w najbardziej niebezpiecznym miejscu na ziemi. Jednak Draco nie bał się najbardziej morderców, bał się tego, że Fedora odkryje jego tożsamość zarówno, jak i to, że wiedział o całej intrydze. W końcu jakby się jej wytłumaczył, że nie miał wyboru? W końcu każdy go ma, z każdej sytuacji, nawet tej najbardziej pokręconej było wyjście. Ich obecna była natomiast tragiczna, lub nawet tragiczniejsza, niż tragiczna. Dementorzy zaczęli napływać niemalże z każdej strony. Fedora zaczęła odpierać ataki zbiegów, a Draco starał się chronić Fedorę. Niestety dwójka, to za mało.
            - Draco! – Warknęła przestraszona dziewczyna. – Użyj patronusa.
          - Nie – odpowiedział krótko, po czym szarpnął brunetkę za chudą rękę. – Bombarda Maxima! – Wycelował różdżką  w grubą, wilgotną ścianę, która pod wpływem jego zaklęcia rozsypała się w drobny mak.
          - O czym ty myślisz, Malfoy?
          - Ufasz mi? – Złapał jej twarz w swoje dłonie i z największą, nieudawaną szczerością spojrzał w błękitne oczy.
          - Ufam.
          - Twój błąd.
          Wydarzenia, jakie miały miejsce później, działy się zdecydowanie zbyt szybko. Fedora poczuła na swoich plecach dotyk Dracona. Chłopak wypchnął ją z całej siły przez dziurę, którą przed chwilą zrobił. Czas przez jaki spadała w dół, zdawał się dłużyć w nieskończoność. Nie krzyczała, nie protestowała – była zbyt oszołomiona. Poczuła chłód ogarniający jej ciało, lekkie szarpnięcie, a potem ogarnęła ją błoga ciemność

          - Jak myślisz, dowiedzą się? – Słodki głos w jej głowie odbijał się echem.
          - Dowiedzą – odpowiedział drugi, tym razem męski. Był chłodny, ale i bardzo stanowczy zarazem.
          - Nie zostawisz mnie?
          - Będę musiał.

~*~

          Profesorskie dormitorium wypełnił cichy świst. Parker upadł na podłogę dysząc ciężko, ostatkami sił próbując tamować ranę, która znajdowała się na jego boku.
          - Pieprzeni aurorzy – syknął głośno i odchylił głowę do tyłu. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że w jego gabinecie znajduje się ktoś jeszcze. Zwrócił uwagę na głęboko oddychającą dziewczynę. Była taka piękna, była... ranna. Aaron rzucił się w jej kierunku i ręką próbował zatamować ranę na jej udzie, która była zbyt poważna. Na udzie, które pokrywała jasna, nieskazitelna skóra, nie było teraz nic. Krew uciekała w zastraszającym tempie, obnażając poranione mięśnie coraz bardziej. Do gabinetu z wielkim impetem wpadł blondwłosy Ślizgon. Ujrzawszy wydarzenia rozgrywające się w pomieszczeniu, jego twarz przybrała nienaturalnie jasny odcień.
          - Rozszczepiła się – krzyknął profesor. – Podaj mi eliksir w zielonej butelce.
          - Co to jest?
          - Nie ma czasu – warknął. -Dawaj to.
Wyrwał chłopakowi eliksir i polał nim ranę Fedory. Ku uldze mężczyzn wszystko zaczęło się zasklepiać, a noga brunetki zaczęła ponownie pokrywać się skórą.
          - Wyjdzie z tego – szepnął Parker.
          - Musi – uciął krótko Ślizgon.
          - Możesz już iść, Malfoy.
          - Zostawić ją z tobą, tak? – Prychnął. – Po moim trupie.
          - Mogła przez ciebie zginąć, rozumiesz to? Zabrałeś ją w najgorsze miejsce na całym świecie, po co? Co chciałeś tym udowodnić?
          - Nic nie rozumiesz, Parker – opuścił wzrok i włożył ręce do kieszeni. – Zajmij się nią, wrócę rano.

~*~

          Stała w krótkiej, białej sukience na zboczu urwiska. Ziemia była ozdobiona zieloną, gęstą trawą, która otulała jej nagie stopy niczym najmiększy dywan świata. Zerwała kilka kwiatów rosnących nieopodal i wolnym krokiem podeszła do krawędzi. Z ogromnym przerażeniem dostrzegła, że poza urwiskiem nie ma nic. Jedna wielka nicość, która nie ma końca. Cofnęła się w tył i ze łzami w oczach oglądała, jak krajobraz wokół niej zmienia się w istne piekło. Miękką trawę zastąpiło błoto, zielone rośliny gołe, suche gałązki, a słońce zniknęło zupełnie tak, jakby ktoś ja zgasił. Czuła, że to koniec. Poczuła jednak dłoń na swoim ramieniu i zanim zdążyła się odwrócić, cały świat zaczął znikać. Wyłapała jedynie kilka słów z gwaru, który teraz panował.
          - Pora wracać.
          Dopiero teraz dotarł do niej sens zdarzeń tej nocy. Podniosła powoli powieki i rozejrzała się do końca. Znajdowała się w małym, skromnym pokoju, który już kiedyś widziała. Podniosła się gwałtownie i mrugnęła jeszcze kilka razy oczami, zanim obraz przestał jej się rozmazywać. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje.
          - Co ja tu robię? – Potrząsnęła głową na widok profesora i dopiero po chwili dostrzegła, że jest w samej koszulce i majtkach, a jej nogę pokrywają opatrunki.
          - Rozszczepiłaś się podczas teleportacji – słowa mężczyzny zdawały się do niej nie docierać, gdyż nieporadnie próbowała zakryć swoje roznegliżowane ciało.
          - Nie ruszaj się – warknął.
          Dziewczyna spojrzała na niego z wyrzutem. Zapadła między nimi krępująca cisza, którą postanowiła przerwać.
          - Skąd się tu wzięłam?
          - Draco Cię przyniósł – profesor podniósł się powoli i łapiąc prawy bok głośno syknął.
          - Pan jest ranny.
          - Nieudany eksperyment – burknął. Podał dziewczynie ciepły koc, którym natychmiast się okryła. – Nie powinnaś się wstydzić, jesteś piękna.
          - A pan jest moim nauczycielem – i poczuła jak jej policzki zaczynają piec.
          - W takim razie powinienem poinformować dyrektora o Waszej dywersji.
          - Śmiało – odparła. – Może zainteresuje się też Pańskimi eksperymentami.
          Oboje wiedzieli, że nie mogli się nawzajem zdradzić. Zgodnym wzrokiem przypieczętowali umowę. Dziewczyna przypatrzyła się bladej twarzy Parker’a, dopiero teraz dostrzegła, że wykrzywia ją grymas bólu. Dotknęła jego dłoni i odsunęła od rany, która okazała się być bardzo poważna. Fedora podniosła się z miejsca i przyniosła miskę z ciepłą wodą.
          - Muszę ją przemyć – szepnęła.
          - Dam sobie radę.
          - Mi pan pomógł – stwierdziła pewnie. – Teraz muszę zrobić to samo.
           Podniosła delikatnie koszulkę belfra, jak mogła wcześniej nie zauważyć jego mięśni? Oblała się krwistym rumieńcem i nie podnosząc wzroku przyłożyła kawałek mokrego materiału do jego brzucha, ostrożnie czyszcząc ranę.
          - Dziękuję – mężczyzna delikatnie dotknął jej policzka i zaciągnął się powietrzem najmocniej, jak tylko potrafił.
          - Proszę przestać.
          - Dlaczego?
          - Z tego samego powodu, dla którego Pan tu jest – podniosła rękaw jego koszulki, co obnażyło czarny tatuaż. Odetchnęła z ulgą, że tak spoczywał, inaczej nie wybaczyłaby sobie posądzenia kogoś o coś tak paskudnego, jak śmierciożerstwo. Przełknęła głośno ślinę, jednakże nie czuła lęku. Już nie. – Dumbledore wie?
          - Nie – pokręcił przecząco głową. – Nie wiem.
          - A Malfoy?
          - On nie wie nic.
          - Ciężko mi w to uwierzyć.
          - Mało obchodzi mnie Twoja aprobata.
          - Długo to trwa? – Odłożyła wilgotną szmatkę na szafkę i chwyciła eliksir zasklepiający rany.
          - Wystarczająco, by zapomnieć, jak to wyglądało wcześniej – przerwał na chwilę, po czym wydał z siebie głośny syk, gdy Gryfonka polała jego raną specyfikiem. – Kurwa!
          - Jak będzie się Pan wiercił to zostaną blizny – rzuciła z pretensją. – Taki duży, a marudzi jak dziecko. – Pokręciła głową i powróciła do poprzedniej czynności. – Dlaczego Pan tego nie zostawi?
          - Nie znam innego życia.
          - Nazywa Pan to gówno życiem?
          - Nie podoba Ci się to, a jednak tu jesteś – zauważył.
          - Nie powiedziałam, że chcę tu być – urwała. – Gdzie jest Malfoy?
          - Poszedł do siebie – spojrzał jej głęboko w oczy. Próbował być wiarygodny na tyle, na ile pozwalało mu rozchwiane sumienie. Wiedział jednak, że jej nie da się tak łatwo oszukać.
          - W takim razie ja też chyba powinnam – oznajmiła głośno i naciągnęła na siebie przyduże na siebie spodnie, od wcześniej noszonego garnituru.
          - Możesz zostać – oznajmił nieśmiało.
          - Nie mogę.

~*~

           W jej głowie echem odbijały się fragmenty rozmowy, którą jeszcze przed chwilą prowadziła z własnym nauczycielem. Była niemalże naga, a on z nią flirtował, w dodatku nie mogła jednoznacznie dać mu do zrozumienia, żeby przestał. Było w nim coś, co ją do niego przyciągało.
          „ Faktycznie lubisz sobie komplikować życie Mirdle. Najpierw pan Draco pieprzony Malfoy, a później Twój własny profesor  ”.
          - Kurwa – zaklęła pod nosem. Przechodziła właśnie koło schodów kierujących do wieży astronomicznej, gdy jej uszu dobiegł przepełniony sarkazmem głos.
          - Nie wiesz, że damie nie wypada się tak odzywać?
          Rozpoznałaby ten głos wszędzie. Był to drugi najbardziej irytujący dźwięk na świecie, zaraz po szurającym styropianie. Brunetka szybko pokonała kamienne stopnie i ujrzała młodego Malfoy’a wpatrującego się w nią swoimi stalowymi oczami. Stał szarmancko oparty o kamienna ścianę i rejestrował każdy fragment jej ciała.
          - Dobrze wyglądasz w męskich ciuchach – rzucił.
          - Lepiej od Ciebie?
          - Skarbie ja wyglądałbym bosko nawet w damskich – wyszczerzył się nieśmiało, po czym nagle spoważniał. – Chyba powinniśmy pogadać.
           Pierwszy raz w życiu zgodziła się z chłopakiem i najkrócej jak tylko mogła streściła mu wszystkich informacje, jakich stała się posiadaczką.
          - Okazuje się, że nie wiem prawie nic – szepnęła. – Nie chciałam Cię narażać, Draco.
          - Mi się nic nie stało – zeskoczył z barierki i spojrzał na nią znacząco.
          - Parker jest śmierciożercą – rzuciła, obserwując reakcję Draco. – Jak Dumbledore może go tu trzymać?
          - Jest stary, ale nie głupi.
          - Co to znaczy? Myślisz, że wie?
          - Ja wiem, że on wie – prychnął. – On zawsze jest krok do przodu. – Swoją drogą, co teraz chcesz zrobić?
          - Odnaleźć niejaką panią Curray.
          - Curray? – Zdziwiony blondyn uniósł brwi.
           - Tak – odparła. – Ty coś wiesz?
           - Tak tylko, że... Ród Curray’ów skończył się jakieś 50 lat temu.
           - Ród?
           - O tak, w ich drzewie genealogicznym nigdy nie było kogoś nawet półkrwi, a założyciel rodziny był jednym z pierwszych czarodziejów.
           - Co się z nimi stało – spytała zaciekawiona.
           - Andrew Curray był głową rodziny. Jego córka, Sarah – przerwał by spojrzeć, czy dziewczyna nadąża za jego słowami. Skinęła głową, czym dała mu znak żeby kontynuował. – Była przeznaczona jakiemuś Lordowi czystej krwi, czy coś takiego. Zakochała się jednak w mieszańcu. Jej ojciec dowiedział się, że obcowali ze sobą i uznał, że pokryła hańbą cały ród. Jeszcze tego samego dnia utopił ją w wannie.
           - Nie mieli już więcej dzieci?
           - Mieli – pokiwał głową. – Kilka godzin po morderstwie Sarah, Voldemort zamordował resztę rodziny i wszystkich wiadomych krewnych. Dlatego uważa się, że ród Curray’ów zakończył się na Sarze i jej siostrze Kathrenee.
          - Dlaczego on... No wiesz. Byli czyści.
          - To zastanawia wielu czarodziejów do dzisiaj. Nikt jednak jeszcze do tego nie doszedł. Podobno Curray nie chciał z nim współpracować, ponieważ był mieszańcem.
           - Myślisz, że znajdę o nich coś w bibliotece?
          - To bardzo prawdopodobne – pokiwał głową z aprobatą. – Stary ród musi oznaczać stare książki i...
          - Znowu gazety – westchnęła.
          - Teraz przynajmniej wiesz w jakich ramach czasowych szukać.
          - Ja wiem, znaczy... Ty wiesz – uśmiechnęła się chytrze i spojrzała na swojego towarzysza.
          - Mówiłem, to był naprawdę potężny ród. Dla mojego ojca nie było chyba większej tragedii w świecie czarodziejów. Wiesz, gdyby żyli to pewnie miałbym żonę. Sarah podobno była niesamowicie piękna, a geny nigdy nie ginął, więc...
          - Jeżeli już skończyłeś swój monolog, to pozwól, że udam się do siebie – zaśmiała się głośno i posłała chłopakowi najbardziej czarujący uśmiech, na jaki było ją stać.
         - Mirdle.
         - Tak?
         - Cieszę się, że żyjesz.

1.Si mihi vera ut falsa* ( zaklęcie wymyślone na potrzeby opowiadania ) z łac. Jeśli fałszywe to wskaż mi prawdziwe.
2. Mortem* z łac. Śmierć.

~*~
         Co o tym sądzicie? Czekam na komentarze, oraz zapraszam na kolejny rozdział, który ukaże się w marcu. Dowiecie się m.in:
JAK BĘDZIE PRZEBIEGAŁO SPOTKANIE DRACONA Z OJCEM
POZNACIE HISTORIĘ RODU CURRAY'ÓW NIECO BLIŻEJ
DOWIECIE SIĘ TROSZKĘ WIĘCEJ O PRZESZŁOŚCI PRZYSTOJNEGO PROFESORA
Zapraszam!

3 komentarze:

  1. Jak zwykle jestem oczarowana rozdziałem i historią Fedory! Draco przypomina mi bardzo Greya swoim zachowaniem, ale to chyba dobrze, on powinien być taki... arogancki! Arogancki powinien być, ooo tak. I jest!
    Trzymam kciuki za maturę i naukę i xo powiedzieć, czekam na następny! Jestem coraz bardziej ciekawa!
    K

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja chcę więcej przystojnego profesora! Fedorę i Draco łączy coraz więcej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj,
    Przeczytałam Twoje rozdziały od początku i chciałabym Cię pochwalić za duże pozytywne emocje, jakie u mnie wywołałaś. Bardzo mi się podobało. Nie wiem, jak ty to robisz, że tworzysz tak długie rozdziały, które jednocześnie wcale czytelnika nie nudzą, a wręcz przeciwnie sprawiają, że chce się czytać jeszcze i jeszcze. Akcja jest świetnie zbudowana, a dialogi dobrze opisane. Czytając jednym tchem, oderwałam się od rzeczywistości. Dzięki tobie przeniosłam się do innego świata. Dziękuję! Cieszę się, że tutaj trafiłam. Czekam na kolejny rozdział.
    Życzę dużo weny i zapraszam do mnie.
    www.opowiesci-sovbedlly.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń