wtorek, 17 maja 2016

17. Składzik pełen książek i... niespodzianek

         Cześć wszystkim! Na samym początku chciałam przeprosić czytelników tego bloga ( o ile ktoś tu jeszcze zagląda ) za moją tak długą nieobecność. Dopiero skończyłam pisać matury, nie miałam czasu pisać. Miałam ogrom nauki. Teraz zamierzam dodawać notki regularnie, mam ogrom veny i obiecuję, że powracam z czymś naprawdę dobrym. Nie zanudzam Was już więcej moimi wyjaśnieniami. Zapraszam do czytania. Mam nadzieję, że udało mi się spełnić Wasze oczekiwania.

~*~

Powracając do przeszłości, nie jesteśmy w stanie dostrzec tego, jak piękna jest teraźniejszość i jak wiele może nam przynieść przyszłość. Stajemy w miejscu i analizujemy sytuacje, na które nie mamy już wpływu. Często zapominamy jak ważne jest, by pójść na przód. Tak po prostu, dla zasady.

- Jeżeli urodzi się chłopiec, to nazwiemy go John - blondynka uniosła się radością i przejechała delikatnie ręką po swoim zaokrąglonym brzuchu.
- Chcesz żeby nasze dziecko nazywało się jak co drugi chłopak na wyspach? - Pokiwał przecząco głową i zwrócił się do ukochanej. - Nie zgadzam się. Nazwiemy go Aaron Junior.
- Wiesz, że jesteś cholernie nieznośny? - Zbliżyła się do ukochanego i położyła swoją rękę na jego ciepłym policzku.
- Oczywiście, mam takich zalet więcej - zaśmiał się i złożył na czole kobiety czułego całusa.
- A co jeśli urodzi się dziewczynka?
- Wtedy nazwiemy ją Anastasia, albo Angela, wiesz, podobno litera A przynosi szczęście.
- Co to, to nie Panie Parker - prychnęła. - Masz fatalne pomysły.
- W takim razie zamieniam się w słuch.
- Nazwiemy ją Hope - przygryzła delikatnie wargę i spojrzała na ukochanego, by dostrzec jego reakcję.
- Hope?
- Hope. Będzie małą nadzieją tego świata, a już napewno naszego.
- W takim razie niech będzie Hope.

~*~

Poniedziałkowy poranek zaczął się zupełnie zwyczajnie. Fedora przechodząc przez pokój wspólny nie dostrzegła niczego nadzwyczajnego. Grupka uczących się Gryfonów, Harry dyskutujący zajadle z Ron'em i Ginny głaszcząca swojego pufka pigmejskiego. Najzwyczajniejszy poranek, który okazał się być jedynie przyjemną zapowiedzią tego tragicznego dnia. Brunetka w szacie z godłem swojego domu wkroczyła do Wielkiej Sali, jak zawsze ściągając na siebie wiele spojrzeń. Nie były to jednak te pożądliwe. Wręcz przeciwnie, niektóre były przesycone czymś na miarę zawiści. Nie zwracając uwagi na panujący dookoła zgiełk, Fedora zajęła miejsce przy stole i nabrała na swój talerz kilka sadzonych jajek.
- Pycha - szepnęła sama do siebie i obrzuciła wzrokiem uczniów siedzących dookoła niej. Ludzie pochłaniali ją wzrokiem, przy okazji szepcząc między sobą niezrozumiałe rzeczy.
- O Hermiono, dobrze, że jesteś! - Zaświergotała do koleżanki Fedora. - Czy ja mam coś na twarzy?
- Na twarzy nie - uśmiechnęła się tajemniczo. - Ale na sumieniu chyba tak.
- O czym Ty mówisz? - Spytała zdziwiona, biorąc kolejny kęs jajka.
- Podobno ktoś widział Cię wczoraj, jak wychodziłaś z gabinetu Parkera. W nocy.
- Słucham? To bzdury!
- Ciiicho - machnęła nerwowo rękami Hermiona. - Powiedzmy, że Ci wierzę. Ale po co w takim razie ktoś rozsiewałby takie plotki?
Fedora miała zacząć typować wszystkich potencjalnych sprawców, gdy przed swoją twarzą dostrzegła wredny wyraz Pansy Parkinson, bezczelnie klejącej się do Draco.
- Suka - brunetka strzeliła widelcem o porcelanowy talerz i gwałtownie wstała od stołu.
Przemierzała wielką salę z taką agresją, jakiej nigdy w sobie nie czuła. Nikt nie mógł dowiedzieć się o tym, że uciekła z Malfoy'em do Azkabanu, że Parker jest śmierciożercą i że faktycznie spędziła z nim sam na sam jakiś czas.
- Czy Ty jesteś kurwa normalna, Parkinson? - Warknęła tak głośno, że wszyscy zgromadzeni uczniowie wraz z nauczycielami, zaczęli się przyglądać odgrywającej się scence. - Wiem, że taki paskudny ryj to przekleństwo, ale nie musisz się na mnie za to wyżywać.
- Uspokój się Fed - szepnął Malfoy.
- Ani mi się śni - zaprotestowała. - Ta suka nie będzie o mnie rozpowiadać żadnych plotek!
- Jaki plotek? - Za swoimi plecami usłyszała dobrze jej znany tak męski, a zarazem tak aksamitny głos. Odwróciła się by ujrzeć zniecierpliwionego sytuacją Parker'a.
- To nie są plotki - wtrąciła Pansy. - Widziałam Was wczoraj. - Wskazała na profesora i jego uczennicę.
- Nas? - Spytał zdziwiony belfer.
- Tak, Fedora wychodziła w nocy od Pana z pokoju. - Draco rzucił niepokojące spojrzenie ku Fedorze, zaczął w duchu prosić Merlina, by Parker był faktycznie tak cwany, jak o nim mówią.
- Dziesięć punktów od Slytherinu!
- Ale za co? - Oburzyła się mopsica.
- Za oszczerstwa, Panno Parkinson. Biorąc pod uwagę, że za zgodą Profesor McGonagall opuściłem na wczorajszą noc teren szkoły, nie mogło mnie tu być.
- Ja... - Zdezorientowana Parkinson zaczęła się jąkać gorzej niż Harry w obecności Ginny.
- Szlaban Panno Parkinson. Do końca tygodnia będziesz sprzątać z Panem Filch'em zachodnie skrzydło - swój wzrok przeniósł teraz na Fedorę i poczuł jak wszystko w jego wnętrzu się ściska. - Natomiast Panna Mirdle odbędzie szlaban ze mną.
- Mówiłam, że coś z nimi nie tak - szepnęła Parkinson i z największym nietaktem jaki posiadała, opuściła Wielką Salę.
           Fedora natomiast nie mogła przyjąć do wiadomości tego, co właśnie usłyszała. Pokręciła z niedowierzaniem głową i obrzuciła pogardą nauczyciela.
- Za co? - Warknęła.
- Za Twoje słownictwo - stwierdził. - Coś jeszcze?
- To wszystko - wysyczała i podążając śladem Parkinson skierowała się do wyjścia. Była wściekła. Miała ochotę zabić najpierw profesora, a potem wytłuc kolejno tych durnych Ślizgonów. Dlaczego Parker to zrobił? Był zły, że tak szybko go opuściła, czy też może... Chciał spędzić z nią trochę czasu?
" Nie to nie możliwe ".
- Fedora! - Odwróciła głowę i dostrzegła blondyna, który szedł swoim szarmanckim krokiem, z bezczelnym uśmiechem na twarzy. - Ładnie dziś wyglądasz, noc z profesorem Ci posłużyła.
- Kretyn - skwitowała krótko. - To nie jest śmieszne Draco, wszystko mogło się wydać. Mogli wywalić nas, Parkera...
- Szkoda Ci go? To śmierciożerca - niemalże wypluł ostatnie słowo.
- Nie każdy śmierciożerca jest zły - spojrzała prosto w jego oczy. - Czasami wybory decydują za nas.
- Ciekawa teoria Mirdle. Nie wiedziałem, że z Ciebie taki filozof - zaśmiał się pod nosem.
- Jeszcze wiele o mnie nie wiesz - uniosła brwi do góry i wypowiedziała te słowa najbardziej przemądrzałym głosem, jaki młody Malfoy kiedykolwiek słyszał.
- Może przy odrobinie szczęścia będzie mi dane poznać Twoje sekrety.
- Ustaw się w kolejce - puściła mu oczko i ruszyła przed siebie. - Idziesz na eliksiry, czy będziesz tak stał?
- Nie idę na eliksiry.
- Dlaczego?
- Mam do załatwienia parę spraw - uśmiechnął się blado i z rękami w kieszeniach skierował się w drugą stronę. - A i Mirdle... Miłego szlabanu.
- Jasne - mruknęła. - Dupek z Ciebie!
Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w oddalającego się chłopaka. Zastanawiała się jaki był prawdziwy powód jego nieobecności na zajęciach. Postanowiła nie głowić się jednak nad tym, ponieważ profesor Slughorn nie za bardzo lubił, gdy ktoś się spóźniał. Lekko zdyszana wparowała do lochów i z uśmiechem na swojej pięknej twarzy powitała profesora.
- Dzień dobry.
Zajęła miejsce tuż za Harry'm i Ron'aldem, gdyż ze względu na nieobecność Malfoy'a była zdana tylko na siebie. Wypakowała rzeczy na stół i podnosząc głowę dostrzegła zielone oczy złotego chłopca naprzeciwko niej.
- Widziałaś Malfoy'a? - Szepnął.
- Nie - uniosła ramiona do góry i udała kompletnie głupią. Chłopak nie odpowiedział już nic więcej, podał jej jedynie pod ławką egzemplarz " Proroka codzienego ". Fedora poczuła jak w ciągu kilku sekund oblały ją zimne poty. Ciężko było ukryć strach, jaki ogarnął jej umysł.

" MASOWA UCIECZKA Z AZKABANU "
Minionej nocy z najpilniej strzeżonego miejsca na świecie uciekło wielu niebezpiecznych kryminalistów. Na liście poszukiwanych znajduje się Lucjusz Malfoy...

Fedora głośno odchrząknęła i przybrała poważny wyraz twarzy.
- I co ma z tym Malfoy wspólnego?
- Jestem pewny, że maczał w tym palce.
" Niemożliwe, on nie może być... ".
- Daj spokój, Malfoy to skretyniały kretyn, nie wie jak działają buty na rzepy, a co dopiero... - W tym momencie do ich dyskusji dołączył się młody Weasley. Jak gdyby nigdy nic spojrzał na Fedorę i skinieniem głowy przyznał jej rację.
- Też mu to mówiłem - westchnął i z powrotem zwrócił się w kierunku profesora.
- No widzisz Harry – wskazała ręką na rudzielca. Nie martw się, on jest zupełnie nieszkodliwy.
- Przekonamy się.
- Co masz na myśli? – Uniosła wysoko brwi, zapisując jednocześnie notatki, które nauczyciel zapisał na tablicy.
- Będę go obserwować na mapie Huncwotów.
- Masz obsesje – szepnęła. Co jeśli Harry zobaczy ją kiedyś w jego towarzystwie? Jak długo da radę utrzymywać wszystkie kłamstwa w tajemnicy?
- Może masz rację, ale jeżeli on jest zamieszany w jakąkolwiek aferę, to ja muszę o tym wiedzieć – odetchnął. – Skoro o aferze mowa. O co chodziło z Tobą i Parker’em?
- Zwykłe plotki – odpowiedziała z obojętnością. – Ja i taki stary piernik jak Parker?
- Czy ja wiem, czy taki stary – zaśmiał się Harry. 
- Wymagasz żebym Ci wierzyła, a sam nie dowierzasz mi, gdy mówię prawdę.
„ Kłamstwo powtórzone kilka razy staje się prawdą ”.
- Wierze Ci Fedoro, wyluzuj – puścił jej oczko i odwrócił się do swojej ławki.
- … Może Panna Mirdle? – Wyrwał ją z letargu Slughorn.
- Przepraszam, czy mógłby Pan powtórzyć pytanie?
- Oczywiście. Czy jesteś w stanie wymienić chociaż jeden składnik eliksiru zmieniającego kolor włosów?
- Dwa ogony jaszczurek, oko ważki, korzeń prawoślazu i…
- Wspaniale – zachwycił się staruszek. – Pan Potter ma bardzo zdolnych przyjaciół.
- Proszę nie przesadzać Panie profesorze – zarumieniła się delikatnie i rzuciła rozbawione spojrzenie Harry’emu.

~*~

Powolnym krokiem przemierzał mury swojej ogromnej posiadłości. Nie chciał go widzieć. Nie chciał patrzeć w jego fałszywe oczy. Brzydził się nim. Nienawidził go za to, że ściągnął zarówno na niego, jak i jego matkę przekleństwa. Musiał płacić za jego nieudacznictwo najwyższą cenę. Jedyną receptą na to, by naprawić całą tą sytuacje była obojętność. Musiał stać się tacy jak reszta. Musiał być gorszy. Nie miał teraz miejsca na ckliwe chwile. Jednak ona mu na to nie pozwalała. Była idealna. Była najlepsza. I nie była jego. Musiała być jego. Zza ogromnych mahoniowych drzwi słyszał głośne rozmowy. Pchnął wrota do starego gabinetu ojca i ujrzał samą śmietankę. Swojego ojca, puszącego się jak paw u boku matki. Szurniętą ciotkę Bellatrix zagadującą Parker'a, który wbrew pozorom cały czas go obserwował. Gwiazdą dnia był jednak on. Siedział na samym końcu stołu. Jak zawsze silny i bezwzględny, z obojętnym wyrazem twarzy,
- Draco... - zwrócił się do niego Voldemort. - Już się zląkłem, że nie zaszczycisz nas swoją obecnością. Siadaj chłopcze. - Wskazał krzesło obok siebie. Malfoy nie czekał na ponowną prośbę. Obrzucił okrutnym spojrzeniem swojego ojca i usiadł obok Toma.
- Panie - szepnął.
- Przywitałeś się już ze swoim Ojcem, Draconie?
- Nie miałem tej nieprzyjemności - odpowiedział spokojnym głosem.
- Jesteś moim ulubionym Malfoy'em. Jesteś dobry, coraz lepszy. Bellatrix poinformowała mnie - wskazał ręką w stronę wychudzonej kobiety. - O postępach Twojego oddziału. Oby tak dalej, a może niedługo mianuje Cię generałem. 
- To zaszczyt, Panie mój...
- Zaraz po zakończeniu misji chcę Cie mieć przy sobie. Taki żołnierz w moich szeregach to skarb - spojrzał pogardliwie na Lucjusza, siedzącego w kącie niczym wystraszone zwierzę. Draco w tym momencie zrozumiał o co tak naprawdę chodziło w tej gierce. Chciał uświadomić jego ojcu, jak beznadziejny i bezużyteczny mu jest. - Opowiedz mi jeszcze co sądzisz o swoich żołnierzach. Może chciałbyś kogoś nowego, czy może też ktoś Ci wadzi?
- Są dobrzy Panie, coraz lepsi. Będą z nich ludzie.
- Takie słowa to muzyka dla moich uszu. Co z młodym Zabini'm?
Draco zacisnął pięści z całej siły. Każdy mięsień jego boleśnie się napiął. Parker skarcił go spojrzeniem dając do zrozumienia, żeby powiedział cokolwiek.
- Ma chęci, aczkolwiek...
- Wierzę w Twoje przywódcze zdolności Draconie - poklepał go po ramieniu. - Częściowo powierzam Ci mój sukces. Będę Cię solidnie wynagradzać i nie mówię tu tylko o złocie.
- Co masz na myśli mój Panie?
- Nie brakuje Ci kobiety, mój drogi? Dbam o potrzeby moich ludzi...
          - Panie, akurat ja nigdy nie narzekam na brak kobiet - zapewnił go blondyn. Jeszcze tego brakowało żeby zaczął podsyłać mu prostytutki pod wpływem Imperiusa.
- Ah tak. No nic, gdybyś jednak tylko czegoś potrzebował...
- Oczywiście, mój Panie. - Voldemort obdarzył go czymś na miarę uśmiechu i natychmiastowo skierował swój wzrok na mężczyznę siedzącego po drugiej stronie stołu.
- Co u Ciebie Aaronie? 
- Wspaniale Panie. Dumbledore zaczyna mi ufać. Dowiedziałem się nawet, że ten zgred Flitwick nie wróci prędzej niż dopiero w przyszłym roku.
- W takim razie mamy co świętować - uniósł swój kielich z winem ku górze. - Za zwycięstwo.
- Za zwycięstwo.


~*~

         Po zakończonej lekcji eliksirów profesor Slughorn poprosił kilkoro uczniów o pozostanie w klasie. Fedora była nieco zdziwiona tym faktem, jednak nie chciała negować próśb nauczyciela. Hermiona była szczęśliwa jakby spotkało ją największe wyróżnienie, Harry wydawał się nie być w ogóle tym faktem zdziwiony, natomiast Blaise… Blaise to Blaise.
         - Dziękuję Wam, że poświęciliście mi chwilę swojego cennego czasu – zachwycił się nauczyciel. – Za dawnych czasów wydawałem przyjęcia dla najlepszych uczniów. Chciałbym Was zaprosić na jedno z nich.
         - To wielki zaszczyt panie profesorze – skwitował Harry. Fedorę zdziwił jego entuzjazm, nie zastanawiała się nad tym dłużej. Nie miała ochoty chodzić na żadne durne przyjęcia, gdy miała na głowie tyle kłopotów.
         - Doskonale, wypatrujcie mojej sowy – uśmiechnął się. – A i zapomniałbym, możecie wziąć osobę towarzyszącą.
         - Dziękujemy Panie profesorze – odezwała się Hermiona.
         - Do zobaczenia na następnych zajęciach.

~*~

         Przechodząc przez portret Grubej Damy można było wyczuć gęstą atmosferę, jaka wypełniała pokój wspólny domu Lwa. Fedora nie wiedziała, co było przyczyną tej sytuacji. Spojrzała jedynie na równie zdezorientowanego Harry’ego i podążała za jego krokami. Wrzaski roznoszące się dookoła były niepokojące. Brunetka nigdy nie spodziewałaby się tego, co tam zobaczy.
         - Ty suko!! – Dean właśnie szarpał Ginny za ramię. – Jak mogłaś puścić się z tym pieprzonym Ślizgonem?
         - On wie – szepnęła Fedora do rozwścieczonego tym obrazkiem Harry’ego.
         - Dobrze Ci z nim było? – Wrzasnął i popchał rudowłosą z całej siły na kanapę tak, że opadła z wielkim hukiem uderzając ręką o oparcie.
         - Zostaw ją Dean – warknął Harry, łapiąc go za ramię.
         - Wiesz co ta szmata zrobiła? – Zapytał czarnoskóry Wybrańca.
         - Dean, to nie jest dobre miejsce do takich rozmów.
         - Puściła się z Zabinim – wskazał na zapłakaną dziewczynę z obrzydzeniem w oczach.
         Harry był w szoku. Fedora dobrze wiedziała jaki jest jego stosunek do Ginny. I jak wiele ona dla niego znaczy. Czuła, że w tym momencie zwyczajnie się rozczarował jej zachowaniem. Nie chciała czekać na dalszy rozwój sytuacji.
         - Nie mów tak o niej Dean.
         - Nie będę rozmawiać z kolejną kur*ą – rzucił zdawkowo.
         - Co Ty powiedziałeś?
         - Powiedziałem, że jesteś taka sama jak Ginny. Jesteście siebie warte – machnął ręką i opuścił pokój, zostawiając za sobą zszokowane spojrzenia Gryfonów.
         - Skurczybyk – warknęła. – Chodź Weasley – złapała rudowłosą pod ramię i mierząc wszystkich wściekłym spojrzeniem wyprowadziła ją do ich wspólnej sypialni.
         - Nie wiem kto mu powiedział – zaszlochała głośno.
         - To jest nieważne – stwierdziła Fedora głaszcząc koleżankę po głowie.
         - Czuję ulgę.
         - Dobrze, że się dowiedział – skwitowała krótko.
         - Nie o to chodzi – pokręciła przecząco głową. – Czuję ulgę, że mnie zostawił. Jego dzisiejsze zachowanie tylko mnie w tym utwierdziło.
         - W końcu zaczynasz mówić do rzeczy wiewióreczko – zaśmiała się cicho po chwili poważniejąc. – A co z Blaise’m?
         - Nic. Nie rozmawiamy ze sobą.
         „ Kłamie ”
         - Rozumiem – puściła jej oczko. – Mam nadzieję, że Wam się ułoży.
         - Mówiłam, że…
         - Nie okłamiesz mnie Gin – podniosła się z łóżka i spojrzała na mały zegarek, z okrągłą tarczą i skórzanym paskiem.
         - Gdzie idziesz?
         - Mam szlaban – prychnęła oburzona, zostawiając młodą Weasley’ównę samą sobie.

~*~

- Puk, puk - mruknęła Fedora i bez pytania wparowała do gabinetu profesora, który odruchowo zaczął naciągać koszulę na umięśnione przedramiona. - I tak go już widziałam - machnęła obojętnie ręką.
- Nie wiedziałem kto to - odparł.
- Mhm, co mam robić?
- Na początek przestań mnie traktować tak, jakbym był...
- Mordercą? - Syknęła.
- Fedoro, to nie tak.
- A jak?
- Skoro tak chcesz się bawić... - Gwałtownie podniósł się ze swojego miejsca i stanął niej na tyle blisko, że była w stanie wyczuć zapach jego wody kolońskiej. - To nie był mój wybór rozumiesz? Musiałem to zrobić.
- Chciałem, musiałem... Co za różnica? - Aaron westchnął głośno i zaciągnął się zapachem dziewczyny.
- Możesz poukładać książki na zapleczu - wskazał ręką pokój za biurkiem. - Tylko oddaj różdżkę.
- Słucham?
- Szlaban obowiązuje każdego tak samo.
- Jasne.
- Nie bądź dla mnie taka surowa, proszę.
- Nie jestem Ci nic winna - szepnęła. - Niedługo będziesz tylko i wyłącznie moją przeszłością. - Wypowiedziała to z takim jadem, o jaki by sama siebie nie posądziła. Dziwniejszą sprawą był jednak sam fakt, że przy profesorze czuła się... inaczej. Już wielokrotnie łapała się na analizowaniu jego gestów, ruchów, czy też układu mięśni. Był prawdziwym mężczyzną. Dobrym, szarmanckim i... Był śmierciożercą. Potrząsnęła głową i odsunęła się od belfra.
- Już biorę się do roboty.
- Będę obok – zawahał się. – Gdybym był Ci potrzebny.
- Nie będzie mi Pan potrzebny - zbyła go i weszła do starego składziku, w którym wilgoć niemal unosiła się w powietrzu tylko po to, by zaraz opaść na jej włosy. Skrzywiła się pod wpływem nieprzyjemnego zapachu i machnięciem ręki zapaliła wiszące na ścianach pochodnie. 
- Kurwa - szepnęła pod nosem.
- Mirdle do cholery, mówiłem coś na temat Twojego języka! - Warknął z drugiego pomieszczenia Parker.
- Dobrze... tato – wywróciła oczami.
- I nie przewracaj oczami – dodał już nieco ciszej.
           Kucnęła na podłodze i porozrzucane, zniszczone książki zaczęła układać na pustych pułkach, które pod wpływem ciężaru zaczynały się wyginać. Lubiła czytać, ale nigdy nie mogła zrozumieć uczucia, jakim obdarzała książki Hermiona. To było dla niej coś więcej niż tylko grube stosy kartek. Ona widziała w tym coś więcej. Starła ręką kurz z jednej, obitej w skórę książki i przyjrzała jej się dokładniej. Otworzyła ją i na jej twarzy zmalował się szok. W środku nie było nic, puste, pożółkłe już strony. Nie przykuła do niej jednak większej wagi i przerzuciła ją na stos starych, zniszczonych tomisk.
- " Magiczne stworzenia i jak je znaleźć " - czytała kolejno tytuły książek i stawiała je w odpowiednim miejscu. - Nie za bardzo mnie to obchodzi.
           " A może powinno? "
Głos, który rozległ się w jej głowie zaskoczył ją tak bardzo, że z wrzaskiem upadła z taboretu upuszczając wszystkie tomiska jakie trzymała w ręce. Ból spowodowany upadkiem przeszył jej pośladki i natychmiast zaczęła je rozmasowywać.
- Co to było? - Powiedziała sama do siebie. Nie była pewna, czy to wyobraźnia płata jej figle, czy też po prostu traci zmysły. To nie była podświadomość, to było coś więcej. Głos był wyraźny, mroczny…
- Fedora wszystko okej? - Zaalarmowany hukiem profesor zajrzał do składziku z książkami. - Jesteś cała?
- T-tak myślę - odpowiedziała z przerażeniem w oczach.
- Hej, co się stało?
- Nic, naprawdę.
- Nie złamałaś sobie nic?
- Daj mi święty spokój! Trzęsiesz się nade mną jakbym była z porcelany. Odwal się - odepchnęła od siebie jego dłoń, którą chciał pomóc jej wstać, otrząsnęła się z kurzu i dopiero wtedy dostrzegła jego lekko zawiedziony wyraz twarzy.
- O co Ci chodzi? Zachowujesz się jakbyś była pępkiem świata.
- Ja się tak zachowuje? To Ty cały czas próbujesz mi rozkazywać.
- Bo..
- No właśnie, po co?
- Bo zależy mi na Tobie.
Fedora nie wierzyła w to, co usłyszała. Z ogromnym szokiem spojrzała na nauczyciela i wybuchła rozpaczliwym śmiechem.
- Prawie się dałam nabrać Parker, dobry jesteś - profesor widocznie zszokowany jej reakcją spróbował się do niej zbliżyć. - To jakaś Twoja misja, co nie? Uwieść głupią nastolatkę, zrobić jej tą pierd*loną dziarę i wykorzystywać do woli? 
- Ty nic nie rozumiesz. Zakochałem się w Tobie. Nie chciałem tego, próbowałem na Ciebie nie patrzeć, unikać Cię, ale ja... Nie potrafię.
- Nie wierzę Ci - wyminęła go sprawnym krokiem. Poczuła mocne szarpnięcie na swoim nadgarstku. Nauczyciel przyciągnął ją do siebie z całej siły i szczerze spojrzał w oczy.
- Chce Cię chronić. Daj mi się chronić - szepnął, po czym musnął swoimi delikatnymi ustami, jej pełne, czerwone wargi. Poczuła jak przyjemne mrowienie ogarnia jej ciało. Nie potrafiła wytłumaczyć tego, co się z nią dzieje. Było cudownie. Pocałunek ten był najwspanialszym doświadczeniem, jakie ją do tej pory spotkało. Trzymał ja w swoich silnych ramionach tak, jakby naprawdę mu na niej zależało. Odsunęła się od niego jednak i czując natłok myśli potrafiła wydusić z siebie jedynie kilka słów.
- Nie zbliżaj się do mnie nigdy więcej.